wiatr szedł lasem w czas gdy wszystko było
wydarzone, chociaż nic się nie zdarzyło,
tylko szumiąc uskarżały się gałęzie,
że je drzewa po niewoli więżą,
tylko w górze latały samoloty
jasnym niebem niedościgłym, za wysokim.
i napotkał wiatr w dębu koronie
dwa żołędzie, zielone, zielone,
i zastukał w ich drewniane czapeczki
i upadły upadkiem przedwczesnym
zapatrzone, opętane miłością
zakazaną, niewinną, kazirodczą.
wiatr się śmigle żołędziom uśmiechał
wiejąc lasem jak rzeką, jak rzeką ,
tyle było tego czasu dla żołędzi
zdarzonego – póki wiatr po lesie pędził;
potem cisza się nastała; anioł ciszył
skrzył się żądzą wytępienia tajemnicy,
wypalenia potępionej miłości
zakazanej, niewinnej, kazirodczej;
i podeptał anioł dwa żołędzie,
i nie było ich na ziemi więcej.
a po czasie pojawiły się dwa pędy,
z nich wyrosły dwa płaczące dęby.









