Moja dziewczyna odpala silnik, she starts the fight, starts the flight,
czy to sprint czy maraton wsiadam na pierwszym przystanku,
nucę hymn Unii Europejskiej: o radości, iskro bogów, teście Pilota Pirxa
(będziemy się ich-bać czy je-bać?). Będą jeńcy i ofiary, które wzniosą pomnik
Oświecenia na placu Wielkiego Wkurwienia. Wiem, jestem sentymentalny,
lubię wracać do miejsc, które znam, składam kwiaty na grobach
przypadkowych powstańców, mogę być twoim piątkiem trzynastego,
nie jestem szczególnie przesądny. Wszystkim pigmejom rozdam dzienniczki wzrostu,
dresom wszyję esperal, popełnię spektakularne samobójstwo
- mężczyzna zalizany na śmierć przez kozy, będą krzyczały portale
a moja dziewczyna nie wytłumaczy desperackiego kroku, ani czemu umierając
nucił hymn Unii ubrany jak do pierwszej komunii. Jeżeli tylko zechcesz będę łykał
prozac albo zacznę pic, wielki pic na umór, nie ma lekarstwa na miłość
ani plastra na jej stopy, nie mamy się gdzie podziać, nie ma kto nam wybaczyć,
w rajstopach zapalamy papierosa & wbrew sprawdzonym przesądom nie nadjeżdża autobus,
czy mógłby ktoś sprawdzić rozkład Bajkonura albo Space Ship One?
Choćby testy spalania benzyny w Smart for Two? Czy moja dziewczyna zawsze wyglądała tak ślicznie?
Może jednak zamiast samobójstwa popełnię samogwałt? Gdzie są te kozy, gdzie dzięcielina pała?
Czy teraz mówi życie wewnętrzne czytelnika, czy moje,
może ktoś podnajął piszące ciało podczas mojej chwilowej nieobecności?
W tym wierszu za mało piszą o mnie - „zła karma żywiła te psięta”
albo „garstka wojów pobiła bandę kowbojów”, na to mogę się zgodzić
pod nieobecność szeryfa i Straży Miejskiej na przystankach
tego zagubienia, kochanie na wszystkich przystankach sikaliśmy razem
na wszystko, teraz mocz chlapie nam w butach i mięknieje skóra na piętach.
Zgodnie z rozkładem jazdy jedziemy karmić psięta, dzióbkami, jak pisklęta.









