Zaczął je ojciec niewprawnym okiem
W pośpiechu gęsto grubo i dawno
Później czas i dymek z fajfki
Łagodziły kontrasty laserunki kładły
Na koniec syn prostował ścieżki
Układał światła wdmuchiwał wilgotny eter
Niemoralny i nieautentyczny
Finał tego biegu zdarzeń
Nie dał im w komorze z węglem
Oblec się grobową darnią
I teraz już można se patrzeć
Na zaklinanie domów drzew i
Łodzi i gór
W pigmentu beskid









